Wszystkie wpisy, których autorem jest admin

Polowanie na SKW „Trembita”, czyli o instynkcie samoobrony

Warto dopowiedzieć choć trochę z tej historii, bo nie skończyła się w 1947 roku. W działaniach Urzędu Bezpieczeństwa Terenowy Oddział Samoobrony „Trembita”, utworzony po wojnie na bazie wsi Lubliniec Nowy i Lubliniec Stary, dotkliwie dawał o sobie znać także w 1951 czy w 1953 roku… A to ze względu na trudności w wyłapaniu jego członków – lublinieckich chłopaków.

Czym martwił się kapitan Burdziej?

W grudniu 1950 roku i w marcu 1951 roku agent „Kruk” doniósł dla UB w Koszalinie o 2 byłych członkach SKW „Trembita” i 2 z SKW z Dzikowa Nowego. Ukrywali się w Koszalińskiem, a następnie przedostali się na Zachód. Teraz pisali stamtąd listy do Anastaziji Czuby w Miłogoszczy pod Wałczem, Jurija Pyłypcia w Rusinowie pod Wałczem, Mychaja Proskury w Wałczu i Petra Nysa w Łękini koło Człuchowa. Szefostwo w Warszawie poinformował o tym w połowie kwietnia 1951 roku kapitan Burdziej, szef wydziału III WUBP w Koszalinie. Dawni partyzanci, pisał Burdziej, mieli wrócić wiosną 1951 roku do Polski, a koszalińskie UB mogło przeciwstawić im tylko agenta „Kruka”. W kwietniu 1951 roku przystąpiło do działania, jakkolwiek donosy „Kruka” mogły być nierzetelne, ale innego źródła informacji nie posiadało.

„Karmeluk” staje się „Kotlarewskim”

Tydzień wcześniej WUBP w Koszalinie wytypowało do werbunku Petra Kozija, niegdyś „Karmeluka”,  człowieka z otoczenia rejonowego prowidnyka Ołeksandra Łaszyna „Łuha” z rejonu IV Okręgu II w Kraju Zakerzońskim. W kwietniu 1951 roku był po prostu pracownikiem tartaku w Kłębowcu koło Wałcza. W 1947 roku w czasie akcji „W” udało mu się bowiem dostać na Ziemie Zachodnie. Rok później został aresztowany wraz 14 dawnymi mieszkańcami obydwu Lublińców (m.in. Mychajłą Turczyńskim, Iwanem Tymciem, Mychajłą Szeremetą), figurantami rozpracowania o kryptonimie „Szpieg”. Sprawowali się nadzwyczaj dobrze, ponieważ  wszyscy zostali zwolnieni: nikt nikogo nie wydał. Nie często zdarzały się takie sytuacje.

Wyszedł z aresztu także Kozij, wrócił do matki w Budach, dokąd przyjeżdżali do niego lublińczanie z Rusinowa czy Wołowych Lasów. Tymczasem Sekcja II Wydziału III WUBP w Koszalinie rozpracowywała go nadal. Swoje robił i agent „Kruk”. Stawka była wysoka, bowiem UB do 1951 roku nie zdołało aresztować aż 28 byłych członków SKW „Trembita”! Sprawa należała do trudnych: aresztowanych zostało aż 22 tych, kto był w tym oddziale samoobrony, a mimo takiej ilość źródeł informacji UB wciąż wiedziało niewiele. Przecież wiedza z protokołów zeznań, datowanych na II połowę 1947 roku, pod względem operacyjnym nie należała do świeżej.

Tym bardzie cenny był udany werbunek Kozija. Nastąpił 20 kwietnia 1951 roku w prywatnym mieszkaniu szefa PUBP w Wałczu. Mężczyzna nie chciał przyznać się do czegokolwiek aż do momentu, kiedy ubecy zagrali mu na emocjach: wspomnieli o zamordowaniu ojca przez bojówkę SB OUN pod dowództwem „Jaliwcia”. Teraz Kozij podał informacje o całym składzie „Trembity”: o 53 osobach (!). Ze spotkania z ubekami dawny „Karmeluk” wyszedł jako „Kotlarewski”. Zmiana pseudonimu mówiła wiele: z mściciela ludzkiej krzywdy stał się – pełnym humoru, niemal jak autor „Eneidy” (?) –  agentem UB.

Jeden z nieuchwytnych: Mykoła Kułyk, członek SKW „Trembita”, w 1948 roku wydostał się z Polski na Zachód

W krainie jezior i Ukraińców

UB szukało członków „Trembity”także w Olsztyńskiem. Wraz zdeportowanymi lublińczanami trafili tam pod Kętrzyn i Węgorzewo. I tam nie rozporządzali agenturą. W maju 1951 roku informator „112” z Pasłęka, niegdyś łącznik SKW „Trembita”, w rozmowie z pracownikiem Sekcji II Wydziału III WUBP w Olsztynie stwierdzał:

… obecnie nie mam żadnych możliwości nawiązać kontakty korespondencyjne ani osobiste z ukrywającymi się członkami bandy UPA [z] kuszcza lublinieckiego ani ich rodzinami zamieszkałymi na terenie województwa olsztyńskiego.

Jednak w lipcu 1951 roku było już „lepiej”: źródło „0-13” z Węgorzewa miało informacje o znanych mu osobiście członkach lublinieckiej samoobrony. Naczelnik Wydziału II Departamentu III MBP, major Wróblewski, poinformował o tym WUBP w Koszalinie, przekazując też inwigilację z centrali na niższy poziom. „0-13”, najpewniej ktoś z Lublińca, jeszcze w maju zapodał skład oddziału „Trembita”: 15 osób. Do 50 trochę brakowało. UB zleciło mu zintensyfikować kontakty listowe z lublińczanami pod Wałczem i osobiste z tymi pod Węgorzewem.

Wiwisekcja resortu: potrzebna wiedza o SKW „Trembita”

W Koszalińskiem agent „Kruk” pracował intensywnie. Pozostawił po sobie dziesiątki donosów, ale bez treści o walorach operacyjnych. Od Anastazji Czuby dowiedział się tylko o listach do niej od niedawnego członka ukraińskiego ruchu oporu Mykoły Kulika z Zachodu.

Naczelnik Wydziału III WUBP w Koszalinie miał problem: pomimo tego, że rozpracowanie wstępno-agenturalne „C-2” – w tym na „Trembitę” – założono w czerwcu 1951 roku, to ciągle nie miał mocnych danych. Zwrócił się zatem do WUBP w Rzeszowie i w Olsztynie. Odzew był zapewne mizerny, stąd w końcu w lutym 1952 roku poprosił centralę w Warszawie o dane, gdzie lublińczanie odbywają kary. Odpowiedź pokazuje, że na początku lat 50. raczej nie istniała usystematyzowana wiedza o lublinieckim oddziale samoobrony (istnieją wprawdzie w odpowiedniej teczce spisy członków „Trembity”, ale nie ma pewności co do roku ich sporządzenia).

Widocznie koszaliński naczelnik przegapił to, że jego szef, major Wróblewski, jeszcze w lutym 1951 roku przesłał do nich akta sprawy Petra Kozija. Tam danych było niewiele w porównaniu z tym, co zawierały protokoły przesłuchań Mykoły Deneki, przesłane z Warszawy do Koszalina w ramach „C-2” w czerwcu 1951 roku. Koszalin dalej był pasywny, stąd w październiku 1951 roku sam dyrektor departamentu III, pułkownik Czaplicki, dał swojemu podwładnemu reprymendę za brak planów operacyjnych dla „C-2”, założonego przez koszalińskich ubeków jeszcze na początku czerwca tego roku.

Dopiero w marcu 1952 roku centrala przesłała do WUBP w Koszalinie swoje dane o osobach aresztowanych pochodzących ze wsi Lubliniec Stary i Nowy. Byli to: Stepan Karpiński, Iwan Brus, Dmytro Zinkiewicz, Michał Artymowicz, Iwan Walnicki, Hryćko, Mychajło Ważny, Iwan Topiło, Dmytro Sudyn. Źródła nie zostało podano. Major Wróblewski przyznawał, że dopiero Z chwilą ustalenia miejsca osadzenia innych byłych członków organizacji OUN-UPA, pochodzących z Lublińca Nowego i Starego, powiadomimy Was. To rozpracowanie wstępno-agencyjne traktował poważnie, miało nawet wiele mówiący kryptonim „C-2”, a więc nawiązywała do wielkiej operacji „C-1” z jej głównym bohaterem Leonidem Łapińskim „Zenonem” vel „Bogusławskim”.

Andrij Karpiński, członek SKW “Trembita”, nigdy nie dostał się w ręce UB, przechowując się wśród lublińczan do 1955 roku

Nawracanie pamięci…?

Wiedza siedziała w więzieniu. UB mogło swobodnie odwracać biegu czas i o rzeczywistość z 1945 roku pytać w 1950 roku Mykołę Denekę, więzionego w Barczewie po wyroku 15 latach pozbawienia wolności. W protokole dawnego „Dubenki”, urodzonego w Lublińcu Nowym w 1919 roku, znalazło się aż o 70 osób z „Trembity”. Deneka pamięć miał znakomitą. „Wolę” zeznawania, chociaż już siedział, także. Oto próbka:

Wankiewicz Andrzej, syn Stefana – pochodzi ze wsi Lubliniec Nowy.  Posiadał broń, karabin KBK ruski, występował pod pseudonimem „Wuż”. Do bandy wstąpił w 1945 roku, daty dokładnie nie pamiętam. Brał udział w zasadzce na Wojsko Polskie w okolicach Lublińca Nowego, w wyniku czego dwóch żołnierzy zostało rannych, Jak również pełnił służbę wartowniczą w kuszczu, kopał bunkry oraz chodził  ze mną jako łącznik między kuszcze lublinieckim a gorajskim i dzikowskim. W bandzie pełnił funkcję charczowego od 1946 roku do miesiąca kwietnia 1947 roku. Ostatni raz widziałem go wiosną 1948 roku w Barcianach powiat Kętrzyn. Gdzie obecnie przebywa, tego nie wiem.

Inni lublińczanie ujęci przez UB byli o wiele bardziej oszczędni w przypominaniu przeszłości, ale nie Petro Kozij, W kilku – łącznie około 20 kart – zeznaniach z kwietnia 1951 roku pozostawił on informacje o 59 członków SKW „Trembita”. Oto próbka jego stylu. Dotyczy jednej z lublińczanek, która powodowała paraliż aktywności resortu, Ewy Goch. W kontekście polowania na członków SKW „Trembita” UB otrzymała od Kozija takie, przykre dla siebie, dane:

Pytanie: Kogo znacie w członków i współpracowników OUN-UPA na terenie powiaty Wałcz?

Odpowiedź: Goch Maria i Ewa (siostry). Pochodzą z Lublińca Nowego, obecnie zamieszkałe w gromadzie Rusinowo powiat Wałcz. Czy one należały do orgzniaxacji OUN-UPA lub z nimi współpracowały na tamtejszym terenie, tego ja nie wiem. Natomiast gdy one mieszkały już na tutejszym terenie w lipcu 1947 roku, ja, będąc u wymienionych, spotkałem u nich w domu członka kuszcza „Trembita” Artymowicza Jana ps. „Serniuk”. Był on mój dobry znajomy, pochodził z Lublińca Starego, był razem ze mną w kuszczu. Na tutejszy teren jechał on w naszym transporcie, mając Goch Ewę jako swoją narzeczoną. Gdy ja u nich byłem, to „Serniuka” zastałem w mieszkaniu w 1948 roku jesienią, chciałem się zobaczyć z „Serniukiem”. Poszedłem do Goch Ewy, zapytałem się jej, gdzie jest „Serniuk”. Ta odpowiedziała mi, że on wyjechał, lecz dokąd, tego mi już nie powiedziała.

Warto zwrócić uwagę na ostatnie zdanie: Deneka w 1947, a Kozij w 1951 roku starali się określić miejsce przebywania dawnych strzelców „Trembity”. UB w Koszalinie mogło więc, ale i nie mogło przystąpić do pracy…

O przebiegu dalszego polowania na lublińczan w momencie pisania tego tekstu wiadomo jeszcze mało. W pozostawionych przez UB wielkich opisach strzelców „Trembity” w rubryce o agenturalnych możliwościach ich rozpracowania jakże często widniała bowiem uwaga: skład rodziny i obecne miejsce pobytu nieznane lub agentura nie ma z nim kontaktu. Dokładniej wyglądało to tak, przykład:

Artymowicz Jan ps. „Ołeń”, bliższych danych personalnych brak. Pochodzi z Lublińca Starego powiat Lubaczów. Obecnie ma przebywać na terenie województwa Szczecin lub Koszalin. Według danych informatora ps. „0-13” to „Ołeń” ukrywa się na terenie powiatu Wałcz województwo Koszalin u Artymowicza Mikołaja. Rysopis: wzrost niski, szatyn, lat ok. 38. W 1945 roku wstąpił do Bndy UPA i został przydzielony do kuszcza lublinieckiego, gdzie pełnił funkcję kucharza do lata 1947 roku. Z kim pozostawał w kontakcie, tego nie ustalono. Obecnie pozostaje w kontakcie z Artymowiczem Mikołajem i Stefanem zamieszkałymi na terenie powiatu Wałcz województwo Koszalin i na tym terenie się ukrywa. Rodzina w całości w 1946 roku latem wyjechał na tereny USRR. Z kim pozostaje obecnie w kontakcie korespondencyjnym ta rodzina, nie ustalono. Na ustalenie miejsca pobytu „Ołenia” nastawiony jest informator „0-13”, który pozostaje w kontakcie z synem Artymowicza Stefana – Mikołajem.

Na pytanie o to, czy lublińczanie po 1947 roku potrafili ochronić swoich przed represjami rządu państwa polskiego, można częściowo odpowiedzieć na podstawie książki „Lubłyneć Nowyj i Staryj – Istorija” z 2010 roku. Z umieszczonych w niej biogramów członków SKW „Trembita” (skąpszych jednak od zebranych przez UB) wynika, że w więzieniu w Polsce znalazło się 26 z pośród nich, ale 10 innych było tak dobrze chronionych przez członków rodzin i niedawnych współmieszkańców, że bezpieka się o nich nigdy nie dowiedziała i nie pozbawiła wolności. Znaczna część tych, którzy byli w „Trembicie”, ale w 1945 czy w 1946 roku roku wyjechali na Ukrainę radziecką, także miała to szczęście.

Andrij Komar „Buk”

W zwarciu z UB większość lublińczan miała klasę. Wrócę na chwilę do rozpracowania agenturalnego „Szpieg”, do jego części olsztyńskiej. Chodzi o Andrija Komara „Buka”, zastępcę dowódcy oddziału „Trembita”. Wsypał go w 1948 roku Kornelij Kozenko, referent gospodarczy nadrejonu „Baturyn”, syn lublinieckiego parocha. Komar przedostał się w 1947 roku pod Węgorzewo. Agentura – zapewne informator „0-13” – w ramach „Szpiega” doniosła w czerwcu 1949 roku, że nazywa się on obecnie Stefan Fil, zamieszkuje we wsi Olszewo. Po sprawdzeniu okazało się, że to jednak nie „Buk”, sprawdzano goi kilka razy i zawsze nic, itd. Po jakimś czasie UB jednak go odnalazło, ale Komar i tak zapisał cenną historię oporu osobistego: nawet będąc w więzieniu swoją postawą sprawiał ubekom dużo kłopotów.

Instynkt samoobrony

Do dziś nie ma ani jednej historii terenowego oddziału samoobrony. UB zgromadziła dużo informacji chociażby o lublinieckim terenowym oddziale samoobronie. Warte są wykorzystania, gdyby ktoś kiedyś chciał napisać historię SKW „Trembita”. Wtedy dzisiejsi wnukowie mogliby nie jedno dowiedzieć się o swoich dziadkach. Problemem może być jednak pytanie o to, czy nadal posiadają oni instynkt samoobrony…

Tekst napisany w oparciu o dokumenty z Archiwum IPN.

Z banderówką za pan brat

Grzegorz Dżus, Banderowka, Warszawa 2020, ss. 476.

„Zdrada” Grzegorza Dżusa

Przeczytałem „Banderowkę”, nowość na rynku wydawniczym, tekst nadzwyczajny – akt zdrady. W tej książce mamy bowiem do czynienia ze wspomnieniami Ukrainki wysłuchanymi przez Polaka. Ukrainka opowiada, a Polak jej wierzy i wspomnienia wydaje jako książkę. Według rządu Rzeczpospolitej Polskiej taka umowa polsko-ukraińska nigdy nie powinna zostać zawarta. Jest zdradą. Polak nie może bowiem uwierzyć Ukraince, że RP składała się z ludzi i podludzi, że Ukrainka widziała mordy Wojska Polskiego i Milicji Obywatelskiej na ludziach, że RP jest złodziejem wszystkiego, co miała jako człowiek. Nie zdołała ukraść tylko jej pamięci, ale za to uczyniła wszystko, aby ją unieważnić, uniemożliwić. Tymczasem „zły Polak” Grzegorz Dżus, wypuścił te wspomnienia na wolność. Zrehabilitował banderówkę…

Od razu przypomina mi się fragment z Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego, poety pochodzącego z jednej z lubaczowskich wsi:

w poezji nie muszę się już starać
odkąd zrehabilitowałem banderówkę

Tkaczyszyn-Dycki poczuł się wolny po tym, jak wprowadził do swych wierszy temat swojej ukraińskiej matki. Nie wyparł się jej, chociaż tak wielu chętnie nazwałoby ją – i jego „banderowskie” odtąd wiersze – tym „czarującym” słowem. Teraz jej syn właśnie dzięki tej osobistej „rehabilitacji” pisze tak, jak chce,

Z tego powodu i „Banderowkę” czytałem z radością. Nie zawiodłem się od pierwszej do ostatniej strony tych wspomnień Emilii Moszczańskiej Kosiur Niewęgłowskiej o sobie samej w czasie, gdy mieszkała w jarosławskiej wsi Łazy. Warto podać genezę tytułu książki. „Banderowką” nazwała autorkę wspomnień polska nauczycielka, która uznała za swoją własność wszystko, co zastało zaraz po wojnie w mieszkaniu Emilii w Radymnie. Sytuacja zupełnie podobna, jak z majątkiem żydowskim, zajmowanym przez nowych polskich „właścicieli”. I stosunek podobny, tyle że słowo inne, choć nie mniej „parchate”… W tym świetle dobrze widać podstawy ekonomiczne negatywnego stosunku do Ukraińców w Polsce. Wynikają one z potrzeby obrony zagrabionego majątku poukraińskiego. Banderówek i banderowców jest Polsce mniej więcej tyle, ile setek tysięcy hektarów ich ziemi i tysięcy ich budynków otrzymali od państwa nowi polscy „właściciele”. To państwo tworzy to zło.

Głębia

Na podstawie głębokich emocji, nieprzedawnionych dla żadnej ze stron dialogu, zawarta została umowa lojalności między autorką wspomnień a autorem książki Grzegorzem Dżusem. Ten ostatni ani razu jej nie naruszył i jeśli coś dopisywał, uplastyczniał, to w zgodzie z napięciami czasu mienionego przedstawionymi mu przez sugestywną autorkę. Szukałem znanych mi już odpowiedników. Inna książka, napisana w imieniu czyjejś pamięci osobistej, to „Łemkowska odyseja” Andrzeja Priadki z 2016. „Banderowka” też stoi na pograniczu stylów i gatunków, podobnie zawiera w sobie, co konstatował Zbigniew Libera odnośnie „Łemkowskiej odysei”, powieść historyczną, dokument historii mówionej z dziedziny historii lub etnografii, pewien sposób mówienia i typ „kultury pisma”.

Mamy w książce trochę zamieszania. Z jakiegoś powodu Grzegorz Dżus przypisał sobie opowieść Emilii, bowiem to jego nazwisko widnieje na stronie tytułowej, podczas gdy narrację prowadzi pamięć i wyobraźnia rzeczywistej Autorki. Mamy „autora” książki jako papierowej formy i Autorkę treści. Czy to logika przywłaszczenia doprowadziła do tego, że „autor” o Autorce  nie napisał ani słowa? Jej biogram powinien się w wydaniu znaleźć. Możliwe, że zawiniła tu firma rozpisani.pl, z której usług wydawniczych skorzystał „autor”? Są to bowiem błędy edytorskie. Być może „autor” w swoim czasie opowie, z jakich źródeł pochodziły konkretne treści : z rękopisu Emilii? Z zapisu dźwiękowego? Co spisał z jej słów? Co z własnej pamięci? Co dodał z własnej wyobraźni?

Z „Banderowki” wyławiam o Autorce to, że Emilia, córka Barbary (z Łozowskich) i Mikołaja Moszczańskiego, urodziła się w 1921 roku w Łazach. Jej ojciec był wysokiej klasy specjalistą-budowniczym. Matka zajmowała się gospodarstwem. W 1939 roku ich córka wyszła za mąż za łazianina Antona Kosiura, który potem zginął na wojnie. Była świadkiem II wojny światowej oraz okropieństw lat powojennych przyniesionych do Łazów przez politykę państwa polskiego wobec Ukraińców. W 1947 roku rząd RP wygnał Emilię z Łazów do województwa olsztyńskiego.

Ogrom zapamiętanych i zabranych ze sobą przeżyć Emilii Moszczańskiej przytłacza… Skoncentrowała się tylko na  swojej rodzinie. A gdyby chciała sięgnąć pamięcią po historie sąsiadów, znajomych? Tysiące stron… Tylu nawet Grzegorz Dżus nie potrafiłby zapisać. A szkoda.

Konfrontacje

Bardzo cenne światło omawiana książka rzuca na inną, też poświęconą Łazom: „Село Лази” (Wieś Łazy) Myrona Łozowskiego wydaną na Zachodzie w 1988 roku. Pamięć Moszczańskiej skoncentrowana jest na wojnie i powojniu, czemu Łozowski niemal nie poświęcił uwagi. W warunkach emigracyjnych nie natrafił na kogoś podobnego do Emilii, a sam swoich wspomnień o tym okresie nie mógł posiadać – w 1944 roku wyjechał ze wsi. A zatem to do „Banderowki” należy dziś słowo ostatnie.

Jeśli dokonać kilku porównań, to: obydwa wydania – przy czym Łozowski przy pomocy wspomnień innej osoby: Wasyla Czornego – zgodnie podają, że na Wielkanoc 1945 roku w trakcie obrony wsi przed napadem polskiej bandy rabunkowej zginął Wołodymyr Manczak („Село Лази”: s. 158; „Banderowka”: s. 283).

Łozowski i Dżus zgodnie podają datę następnej greckokatolickiej Wielkanocy w 1946 roku. Wtedy MO (zapewne z Laszek) żywcem spaliło Iwana Kobarynkę („Село Лази”: s. 160 i data 11 kwietnia 1946 roku; „Banderowka”: s. 347, data 18 kwietnia 1946 roku).

Co w książce zwraca uwagę od strony nie tak wydarzeniowej, jak serii wydarzeń układających się w proces? Mamy ciąg skutkujący powolnym zanikiem wsi, np. koniec parafii, brak szkoły, wyludnianie wraz z wygnaniem na Ukrainę, coraz mniejsza zasobność gospodarstw i możliwość przeżycia ludzi, ciągłość różnorodnych form terroru państwowego wobec wsi, w końcu powstanie i formy związku między Łazami a UPA. Poddana temu naciskowi psychika Emilii to jeden kłąbek złych przeżyć, w książce prawie nie ma weselszych kart.

Oto paradoks wojny po wojnie: zmiana władzy w 1944 roku i jej tragiczne następstwa. Okupant niemiecki wraz z towarzyszącym mu porządkiem został zamieniony przez władzę, której okrucieństwo przewyższało wszystko, co wcześniej pokazali w Jarosławskiem Niemcy. Jednak okupacja realizowana wobec Ukraińców przez organy RP takie jak WP i MO w porównaniu z okupacją niemiecką to dwa inne światy. Znaczenie słowa „okupant” zmieniało się. Można okupować państwo, ale można okupować społeczeństwo. Do dziś tylko przemoc nazewnicza państwa pozwala utrzymać się temu stanowi umysłu, który uznaje Rzeczpospolitą Polską za wyzwoliciela i obrońcę. Na szczęście pamięć Emilii zarejestrowała coś innego. Dlatego jej świadectwo jest tak ważne.

Dopisane?

„Banderowka” to arcyciekawy i rzadki przykład tekstu zapośredniczonego: Emilia skierowała swą pamięć do uważnego słuchacza Grzegorza Dżusa. Ich współpraca układała się znakomicie, zresztą wydaje się, że obydwie pozycje – narratora mówiącego i narratora piszącego – zbiegały się w ich psychologicznym podobieństwie, jakimś pokrewieństwie sposobu dziedziczenia.

Fragmenty jego narracji są dla mnie dosyć czytelne, ponieważ sam wysłuchałem wielu opowieści i żadna nie dostarczyła takich opisów, jak ta o zmaganiu się Włodka Moszczańskiego z czołgiem (rozdział Włodek i Goliat, s. 289–293) czy spaleniu Iwana Kobarynki. Tekst Dżusa najczęściej umiejscowiony jest na poziomie nie mikro-, a makrohistorii. Dżus, „wierny poddany” pamięci Emilii, zadowalająco odwzorował szczegół, ale niekiedy nie umiał poradzić sobie z tzw. wielką historią, tą odpersonalizowaną. I tak na str. 8 pojawiają się – według mnie – jego rozważania o prehistorii Łazów, a wraz z nimi Piastowie przed Rurykowiczami, Polska przed Rusią/Ukrainą. To wtręt. Nie tak wychowywano młodzież w Łazach. To nie mieści się w kanonie przekazu historycznego Ukraińców z Nadsania. Wątpię, aby pani Moszczańska, będąc wychowanką miejscowej parafii i czytelni „Proswity”, mogła się tak wyrazić. „Poddany” przestaje być jej wierny, to on – wychowanek współczesnej szkoły polskiej – sam uważa, że polska przeszłość Łazów jest czemuś lepsza od ukraińskiej, inaczej mówiąc: Emilia i jej przodkowie od wieków mieszkali w Polsce, tyle że przez „niedopatrzenie” dziejów 100 kilometrów terenu od Przemyśla po Leżajsk było ruskich/ukraińskich. W kontekście wydarzeń z lat 40. XX wieku przywołanie Piastów może mieć duże znaczenie: uzmysławia czytelnikowi, kto od początku miał rację i postępował w samoobronie, a kto był agresorem. Jest to zarazem miejsce sporu: w tym miejscu Grzegorz Dżus zanegował możliwość istnienia więzów historycznych między Emilią Moszczańską XX wieku a Rusia/Ukrainą X wieku.

Faktografia autorstwa Dżusa jest niekiedy wadliwa, niekonkretna, ale też może wynikać z materii, którą jest historia mówiona. Czy to sama Emilia powiedziała, że cerkiew w Radymnie zniszczyła rosyjska artyleria w czasie I wojny (s. 46), czy wykoncypował to „autor”? – przecież to zrobiły władze RP po II wojnie.

Wspomnienia nie zostały jednak ocenzurowane, a jedynie zredagowane. Przytaczane fakty i przeżycia są zupełnie wiarygodne, stanowią wyśmienite źródło konfrontacji z suchym językiem dokumentów i pomagają je rozumieć, wyobrażać sobie przeszłość. „Autor” nie usunął żadnej konstatacji czy faktów o ukraińskiej polityce Rzeczpospolitej Polskiej, o akowcach, upowcach, oddziałach Wojska Polskiego, mordach na Ukraińcach w Łazach po wojnie czy 2 Polkach zamordowanych w Laszkach najprawdopodobniej przez bojówkę Służby Bezpieczeństwa OUN.  

Kryterium jakości pracy „autora” oceny jest jasne: stosunek do UPA. Gdyby chciał coś ukryć, to dzisiejsza atmosfera w Polsce co do UPA lekko skłoniłaby go do współpracy z rządem i tzw. masową opinią publiczną. Jednak Grzegorz Dżus nie kolaborował z tymi czynnikami: UPA zaistniała tak, jak widziała ją Emilia, przeważnie dobrze, ale nie bez żalu. Zaczyna się na stronie 215 wzmianką o łazianach, którzy nie zdążyli uciec do lasu przed poborem do Armii Czerwonej. Następnie tekst aż do strony 435 pokazuje obecność Emilii w centrum wydarzeń ogniskujących się wokół oporu UPA przeciw terrorowi WP i MO, przeciw wygnaniu Ukraińców do ZSRR.

W tym okresie jej brata Wołodymyra spotkała tragedia. Ze zdobycznym karabinem maszynowym sam stanął przeciwko karnej ekspedycji wojskowej, potem wstąpił do UPA i… został zabity przez swoich, bo nie chciał oddać broni, którą władał jak mało kto i był do niej po żołniersku przywiązany.

Znalazło się w wydaniu wiele fotografii – bezcennych, jak i wspomnienia. Dużo zdjęć rodzinnych, z życia kulturalnego Łazów, publikowanych po raz pierwszy. 

„Banderowka” zaskakuje, bo od jakiegoś czasu takie wielkie obrazy memorialne należą do rzadkości. Wydawało się, że czas wspomnień minął. Na szczęście chociaż niekiedy jest inaczej i pamięć ludzka wzbogaciła się o pozycję znakomitą, unikalną psychologicznie i stylistycznie, odrzucającą wielkie ideologie, skoncentrowaną na jednostce. Polecam ją każdemu, kogo nudzi historiografia zamawiana przez państwo, gdzie wszystko od początku do końca zdąża w jednym „prawidłowym” kierunku.

Grzegorz Dżus, Banderowka, Warszawa 2020, ss. 476.

Teks powstał na prośbę Andrija Czornego, dawnego mieszkańca Łazów.

Mordy obrońców Rożyszcz

Na podstawie dzieła Władysława i Ewy Siemaszków „Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939–1945” (t. 1, s. 558–559) nigdy nie dowiedzielibyśmy się o tym, jak zbrodnicza była polska „samoobrona” z Rożyszcz w 1943 r., ilu zamordowała Ukraińców m.in. we wsi Swóz. Siemaszkowie na podstawie relacji świadków (?) stwierdzili, że w tej wsi zamordowana została nieustalona bliżej ilość Polaków. W odpowiedzi obrońcy Rożyszcz mieli Swóz tylko spalić, nikogo z Ukraińców nie mordując. Tymczasem ukraińskie ofiary zapamiętali świadkowie-mieszkańcy Swozu, których relacje utrwalił badacz z Łucka Iwan Puszczuk. Niżej fragment jednej z nich. Dzięki nim wiemy dziś, jak wyglądała „samoobrona” Rożyszcz i czy na pewno w obronie własnej jej członkowie zamordowali nie mniej, jak 66 Ukraińców w samym Swozie. Poniższe dane udostępniane są w języku polskim po raz pierwszy.

Świadectwo Bondar Mariji Awramiwny, Sardaczuka Mykoły i in. świadków urodzonych w Swozie […]

Żaden Tadeusz Bryza we wsi nie mieszkał i nieprawdą jest (Siemaszkowie, [relacja 1390]), że w tym czasie został zabity ktoś z Polaków. Czerwoni partyzanci, którzy przychodzili w naszą okolicę, dowiedzieli się, że polska samoobrona posiada zapas broni, przechowując go w jednej ze stodół graniczącej ze Swozem, zasiedlonej prawie wyłącznie przez Polaków kolonii Retówka. Polacy odmówili wydania tej broni. Czerwoni zdecydowali się zabrać ją siłą. Zrobili to w najbardziej dostępny dla siebie sposób – napadając od strony wsi Swóz. W wyniku napadu podpalono w sąsiedztwie kilka polskich obejść w Retówce i samą stodołę. W Swozie słychać było wybuchy i krzyki tamtejszych polskich mieszkańców. Niezwłocznie (a stało się to 29 sierpnia 1943 r.) z polskiej placówki w miasteczku Rożyszcze przyleciało kilkadziesiąt bojowców i zaczęło zabijać mieszkańców Swozu, rabować, palić wieś. Uratowało się tylko kilka domów na chutorze Obirki i Pleszewe, zabitych zostało kilkadziesiąt mieszkańców wsi, którzy nie zdążyli uciec.

Zginęli: Sardaczuk Petro Iwanowycz lat 62, jego żona Sardaczuk Hanna (lub Ahafija) Naumiwna lat 62, syn Wasyl ur. w 1900 r., małżeństwo innych Sardaczuków (Łukasza Sardaczuka?), „Jewtuszycha”, Honczaruk Kłym, Sardaczuk Hanna Markiwna lat 60, Iwaniuk Danyło Semenowycz, Kyryczuk Marija, Iwaniuk Ihnatij Semenowyz, Iwaniuk Hryhorij.

Po jakimś czasie zamordowani zostali: Bojmuk Kłym Fedorowyz, Chmilewski Jakiw, Honczaruk Ołeksander, Honczaruk Ołeksij, Bojmuk Ołeksij Łewkowycz, Sardaczuk Kłym, Honczaruk Oksentij, Sardaczuk Petro (mogło takich być dwóch), Bojmuk Fyłymon Trochymowycz, Kotelczuk Mychajło Ołeksandrowycz, Iwaniuk Mychajło Jakowycz, Chomuk Feodosij Iwanowycz. Kaleką został Chomuk Semen.

3 grudnia 1943 r. Polacy z placówki w miasteczku Rożyszcze znowu napadli na Swóz. Zabrali ostatnią krowę rodzinie Supruniuka Petra. On poszedł na placówkę prosić, aby ją oddali – tam został zamęczony. 4 grudnia [1943 r.] Polacy znowu byli we wsi. Szli, rabując od ziemianki do ziemianki, nie minęli żadnego z nielicznych domów, które pozostały. W jednym z nich – należącym do Sardaczuków – zebrało się 10 rodzin. W tym domu od razu zabili Honczaruka Somka lat 40, 9 mężczyzn zabrali ze sobą, potem wrócił tylko jeden.Polacy zamordowali takie osoby: Sardaczuk Awraam Markowycz ur. w 1909 r., Chmiłewski Ulan ur. w 1909 r., Chmilewski Wasyl Tarasowycz ur. w 1908 r., Suprгniuk Ołeksij ur. w 1912 r., Tetiana – córka Onysyma, Iwaniuk Feodosija Iwaniwna lat 45, Sardaczuk Hanna z mężem, Sardaczuk Anastazija, Chmiłewska Marija. Spłonęli: Iwaniuk Pawło Jakowycz lat 45, Sardaczuk Chima lat 50, Iwaniuk Marija Jakiwna lat 30, Chmilewski Adam lat 50.

Oprócz nich Polacy zamordowali: Honczaruków Oksenija i Samijłę, Iwaniuków Danyła, Feodosija, Serhija, Chmilewśkiego Hryhorija, Iwana, Petra Andrijowycza, Petro Maksymowycza, Szurmę Ołeksija Stepanowycza, Sardaczuka Kłyma, Ninę, Łukasza…

Świadkowie uważają, że we wsi zginęło nie mniej, jak 100 osób. […]Polscy mieszkańcy wsi jeszcze przed pierwszym napadem [„samoobrony” z Rożyszcz] wynieśli się do polskiej placówki w miasteczku Rożyszcze, skąd w 1946 r. wyjechali do Polski. Nie jest prawdą, że we wsi – jakoby upowcy, rzecz jasna – zamordowali dwóch Ukraińców-mieszkańców wsi: Syryniuka i Hryniuka (Siemaszkowie, [relacja] 1713). Nazwiska te we wsi nie są znane.

Tłumaczenie: Bogdan Huk.

Źródło: Spohad Bondar M. A, d. n. 24.05.1937 r., Sardaczuka M. A., d.n. 22.03.1941 r. [i in.], w: Iwan Puszczuk, Trahedija ukrajinśko-polśkoho protystojannia na Wołyni 1938–1944 rokiw. Kiwerciwśkyj rajon, Łućk 2008, s. 109–110.

Ukraińskie ofiary Przebraża

Wydany przez Iwana Puszczuka w 2008 r. tom „Trahedija ukrajinśko-polśkoho protystojannia na Wołyni 1938–1944 rokiw. Kiwerciwśkyj rajon” to relacje świadków zebranych w rejonie Kiwerce na Wołyniu. Ukazują one nieznane dotychczas fragment historii obrońców/napastników z Przebraża – mordy na Ukraińcach dokonywane nie w akcie samoobrony, a ataku.
Wydany przez Iwana Puszczuka w 2008 r. tom „Trahedija ukrajinśko-polśkoho protystojannia na Wołyni 1938–1944 rokiw. Kiwerciwśkyj rajon” to relacje świadków zebranych w rejonie Kiwerce na Wołyniu. Ukazują one nieznane dotychczas fragment historii obrońców/napastników z Przebraża – mordy na Ukraińcach dokonywane nie w akcie samoobrony, a ataku.
Na podstawie relacji 11 osób Iwan Puszczuk stwierdził, że we wsi Domaszów polska „samoobrona” z Przebraża broniła się tak, że zamordowała 30 bezbronnych Ukraińców. Ustalił także, iż UPA prawdopodobnie zamordowała tam 3 Polaków. W książce Władysława i Ewy Siemaszków o wsi Domaszów podano, że z ukraińskich rąk śmierć poniosło tam 13 Polaków i ani jeden Ukrainiec.

Relacja Mykoły Puszkara

„Ja, Puszkar Mykoła Jakowycz, tu, w Domaszowie, urodziłem się i mieszkam do tej pory. Powiem to, że przed 1943 r., kiedy zaczęła się nieprzyjaźń z Polakami, żyliśmy zgodnie. […] Ale przyszło to licho. Jeszcze w 1942 r., kiedy Niemcy wybili naszych sąsiadów Żydów w Sofijówce i Łożyszczu, z Polakami była przyjaźń, ale potem Ukraińcy, będący policjantami u Niemców, uciekli do armii ukraińskiej, a Polacy zaczęli tworzyć własną armię. Nie wiem, z jakiego powodu, bo byłem mały, jedni poszli na drugich. Przychodzą do nas Ukraińcy, mówiąc: „Polacy mordują naszych, strzeżcie się, bo wybiją i was”. Polacy odeszli ze wsi, ich już nie było. Po pewnym czasie przyjeżdżają do wsi, zaczynają walkę z Ukraińcami.

Dostało się im wprawdzie od [ukraińskiej] armii powstańczej, ale co my we wsi byliśmy temu winni, że ktoś na kogoś napada? Po co nas grabić, zabijać naszych ludzi…? Przecież przyjechali Polacy i zaczęli zabijać każdego, kogo ujrzeli. Tylko z tych, których znam, zabili wtedy Sawczuk Jewdokię, małe dzieci – braci Stepana i Wasyla, moją babcię Jewdokię Puszkar, moją ciotkę Puszkar Okseniję. Oni wszyscy byli chorzy i leżeli z dziećmi w domu. Polacy przyszli do domu, zastrzelili ich, a dom podpalili. […]

Oprócz tych osób Polacy, przychodząc po raz drugi, trzeci, czwarty, zamordowali Podziubańczuka Ołeksija Chomowycza, Sawczuka Ołeksija Ulianowycza, Sawczuka Trocyma Ulianowycza, Sznyta Mychajła, Błaszczuka Illę. Polacy zakłuli ich widłami. Zamordowali także Puszkara Iwana, Hryciuka Zachara, Puszkara Pawła, Hryciuka Mykołę. Tych chłopców zabili w biegu tak, jak myśliwi dzikie zwierzęta. Semena, syna Mykoły Hryciuka, zastrzelił Polak Juzik. Semen prosił:„Juzik, przecież razem chodziliśmy na dziewczęta, to po co ty mnie…?”. A ten, Juzik Kownacki, wystrzelił. Hontar Tetiana była w ciąży. Polacy ją dognali, bagnetem rozpruli brzuch, dziecko wypadło…

Polacy przyjeżdżali rabować wieś niemal codziennie. Nie mieliśmy ku obronie żadnych powstańców, nikt nas nie ratował, ich tu nie było… Więc Polacy zabierali nasze krowy, a potem, jak przyszła władza radziecka, sądziliśmy się o nie z Polakami, bo ludzie poznawali swe krowy w Przebrażu”.

Spohad Mykoły Jakowycza Puszkara, ur. 22.05.1926 r., w: Iwan Puszczuk, Trahedija ukrajinśko-polśkoho protystojannia na Wołyni 1938–1944 rokiw. Kiwerciwśkyj rajon, Łućk 2008, s. 79–80.

Wołyń ’43. Po tamtej stronie przemocy

Historiografia doczekała się dzieła na miarę tego, czym obecnie dla pamięci historycznej części Ukraińców i Polaków jest wołyńska tragedia w 1943 r. Niedługo ukaże się bowiem II wydanie pracy Iwana Puszczuka „Wołyniany pro Wołyń–43”: ukrajinśka pamiat’ pro polśku ekspansiju na Ukrajinśkyj Piwnicznyj Zachid u 1938–1944 rr”. W tłumaczeniu na język polski ten nieco za długi tytuł brzmi następująco: „Wołynianie o Wołyniu `43: ukraińska pamięć o polskiej ekspansji na Ukraiński Północny Zachód w latach 1938–1944”.

Wydaje się, że mamy do czynienia z dziełem epokowym. Chodzi bowiem o podsumowanie wydanych wcześniej 10 tomów relacji zaczynających się od słów „Trahedija ukrajinśko-polśkoho protystojannia na Wołyni 1938–1944 rokiw”, po których następuje nazwa rejonu zgodnie z podziałem administracyjnym Ukraińskiej SRR. Można je przetłumaczyć jako: „Tragiczny konflikt ukraińsko-polski na Wołyniu w latach 1938–1944” w rejonie takim a takim.

Krótko rzecz ujmując, stało się to, czego rząd Rzeczpospolitej Polskiej i dowództwo AK w latach wojny i po niej nie oczekiwały: milczący przemówili. Historyk z Łucka zapisał ponad 7 000 relacji, z czego udostępnił ponad połowę, jednak ciężar tych wspomnień na zawsze będzie spoczywać na mordercach wołyńskich Ukraińców działających w imieniu Rzeczpospolitej Polskiej.

Historyków ograniczających się do analizy dokumentów rządu RP lub UPA w parze z wołyńskim dziełem Władysława i Ewy Siemaszków czeka zatem ogrom pracy. Iwan Puszczuk wprowadza bowiem w obieg naukowy materiał o bogactwie treści nieporównywalnie większym od wszystkich znanych dotychczas świadectw pamięci ludzkiej (rozumiem pod nią zarówno wspomnienia pisane czy nagrane po latach, jak i pisane w 1943 r. na gorąco, ale także z pamięci,  dokumenty OUN, UPA, AK, Delegatury Rządu na Kraj czy innych).

Oznacza to, że badania, aby mieć status naukowych, muszą zacząć się od nowa i w inny niż dotychczas sposób – nienacjonalistyczny. Kanoniczne dla badań historyków polskich dzieło Siemaszków „Ludobójstwo dokonane na ludności polskiej ……..” nie może już pełnić roli dokumentu ostatniej instancji, bo zaistniały w przestrzeni publicznej wspomnienia ukraińskich świadków. Ich treść jest przerażająca, ponieważ ukazują spustoszenie  wyrządzone przez jednostronną pamięć polskich ofiar Wołynia. Ta czarno-biała pamięć zabiła o wiele więcej Ukraińców niż AK czy Polacy na służbie hitlerowców czy sowietów – naród ukraiński zmieniła w morderców. Podawana przez polityków, media i historyków polskich jako jedyna możliwa, sensowna i wartościowa, zelektryzowała umysły niekrytyczne, niesamodzielne, sprowadzające świat do jednego narodu, za wszelką obwinianiające tylko drugą stronę.

Łucki zbieracz pamięci Iwan Puszczuk dokonał fundamentalnej zmiany: w ciągu 20 lat pracy w każdej wsi wołyńskiej, kolonii i przysiółku zebrał po 2 relacje świadków. Zapisał dane nie tylko ukraińskich, ale i polskich ofiar. Świadkom przedstawił dane z pracy Siemaszków, pytając, czy wymienione w niej polskie ofiary mieszkały w ich wsi, czy na pewno zostały zamordowane i przez kogo.

W świetle materiałów Iwana Puszczuka dotychczasowa polska historiografia wołyńska to klęska zdrowego rozsądku i wierności zasadom naukowego krytycyzmu. Najgorsze, że jest to klęska humanizmu, bowiem nie ludzka tragedia, a totalitaryzm endecki i kresowy ukazał w nich swą potworną twarz. Analogiczne operacje ideologiczne na ludzkim umyśle przeprowadzały III Rzesza i Związek Radziecki.

W najbliższym czasie przybliżę wyniki pracy Iwana Puszczuka – fragmenty niektórych relacji ukraińskich świadków w tłumaczeniu na język polski. Jestem w pełni świadom i postuluję, aby historycy zweryfikowali te relacje w oparciu o dokumenty i relacje polskie, dokumenty ukraińskie, dokumenty służb niemieckich i sowieckich partyzantów. Wołyń jest bowiem czworokątem, a nie linią biegnącą w jednym „pożądanym” kierunku…